niedziela, 29 września 2013

"Nie ma ceny na miód akacjowy"



Stanisław Kowalewski "Nie ma ceny na miód akacjowy"

Stanisław Kowalewski, mimo iż posiada dość bogaty dorobek literacki nie jest wymieniany jednym tchem obok takich asów polskiej literatury młodzieżowej i przygodowej jak Zbigniew Nienacki, Adam Bahdaj, Alfred Szklarski czy Edmund Niziurski. Na półce mojej domowej biblioteczki stoi obok siebie kilka powieści, które wyszły spod jego pióra: „Czarne okna,” „Zaufajcie wujowi Antoniemu,” „Ślady białego księżyca” oraz „Nie ma ceny na miód akacjowy.”

W trzech z tych książek autor koncentruje się na problemach dorastającej młodzieży na tle przemian minionej epoki. Przygód nie ma w nich zbyt wielu, są za to miłosne rozterki, kłopoty rodzinne i szkolne. Kowalewski często w swoich powieściach balansuje między miłością a przygodą. W powieści „Nie ma ceny na miód akacjowy” szala minimalnie przechyliła się na korzyść przygody, dlatego poświecę tej książce trochę miejsca na blogu.

Akcja powieści rozgrywa się w malowniczej wiosce nad jeziorem. Nad dachami domów wznoszą się wieże dwóch zabytkowych cerkiewek. Za wsią zaczyna się las. Zbigniew Nienacki w pobliżu takiej wioski z pewnością umieściłby grupę archeologów, w książce Kowalewskiego na ich miejscu obóz rozbili studenci Akademii Sztuk Pięknych.

Fabuła utworu Kowalewskiego nie wnosi zbyt wiele do rozwoju powieści przygodowej. Przebywający w wiosce na wakacjach kilkunastoletni Przemek poznaje tajemniczą dziewczynę Alicję.  Pływają łódką po jeziorze, spacerują, rozmawiają, rodzi się uczucie. Mimochodem  młodzi pomagają odszukać sprawców kradzieży cennych ikon z jednej z miejscowych cerkiewek.

Powieść wydano w serii „Klub Siedmiu Przygód” a okładka łudząco przypomina tę zaprojektowaną przez Barbarę Dutkowską do książki Nienackiego „Nowe przygody Pana Samochodzika.” (patrz zdjęcia do pierwszej recenzji na blogu). Niestety dopiero po przewróceniu kilkudziesięciu kartek książki zaczyna zarysowywać się jakaś namiastka powieści przygodowej. Minusów jest nieco więcej. Bardzo naiwna zagadka kradzieży ikon, nie sprawia czytelnikowi większych kłopotów. Niektóre postacie w powieści są zupełnie zbyteczne, nie wiadomo po co autor je wprowadził, skoro nic nie wnoszą do rozwoju akcji. Klimat lat 70-tych, w których rozgrywa się akcja książki jest niezbyt wyczuwalny, nie wiele przecież można zmieścić na 140 stronach. Tym samym razi bardzo widoczna oszczędność autora w rozbudowywaniu fabuły. Przyznam, że nieco więcej obiecywałem sobie po tej powieści, tymczasem książka okazała się kolejną przeciętną powieścią wydaną w przeciętnych czasach PRL-u.


(Książka przeczytana w kwietniu 2013 r.)


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Seria wydawnicza: Klub Siedmiu Przygód
ISBN: 83-10-09031-5
Rok wydania: 1986
Liczba stron: 143

Moja ocena: 3/6

2 komentarze:

  1. I tak za wysoko! Ja bym dała 1/6. Też się dałam nabrać na okładkę...
    Pozdrawiam; REB@

    OdpowiedzUsuń
  2. Okładka książki Stanisława Kowalewskiego „Zaufajcie wujowi Antoniemu” jest jeszcze bardziej myląca. Wyszukując książkowe perełki sprzed lat, zdarza mi się od czasu do czasu spudłować.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń